piątek, 15 stycznia 2016

Rozdział I

Imperare sibi maximum est imperium 
- Panować nad sobą to najwyższa władza.
- Seneka Starszy

Na wąskiej, skąpanej w blasku słońca drodze, pojawił się znikąd starszy mężczyzna. Przystanął na chwilę i rozejrzał się bacznie. Zapewne pomimo ponurej przeszłości, okolica wydała mu się nader spokojna i przyjemna. Powłóczystym krokiem ruszył naprzód, mijając równo przystrzyżony żywopłot i niskie krzaki jeżyn. Skręcił w prawo, w szeroką aleję i przystanął dopiero przed wykutą z żelaza bramą. Niepewnie uniósł dłoń i ostrożnie przeszedł przez metal, jakby ten był dymem. Mocniej ścisnął pod pachą swą wyblakłą, starą aktówkę i czym prędzej ruszył prostą aleją, wysypaną żwirem, chrzęszczącym pod stopami.

Dopiero po dłuższej chwili zdał sobie sprawę, że nie jest w ogrodzie sam. Rozejrzał się nerwowo i z niemym jękiem spojrzał wprost na mnie. Na jego twarzy pojawił się wyraz przerażenia, jakby mój widok stanowił dla niego największy koszmar. Oparłem się z drwiną w oczach o kamienną fontannę, nie spuszczając z niego wzroku. Mężczyzna wyraźnie zadrżał, jakby obawiał się, że zaraz rzucę mu się do gardła. 

Kolejny mały nic nieznaczący człowieczek. Z irytacją machnąłem mu ręką, a jego twarz wykrzywił wyraz prawdziwej ulgi. Mężczyzna pokłonił mi się niemal do samej ziemi i czym prędzej potruchtał na krótkich nogach w stronę wiejskiego dworu, który czasem również zwałem swym domem.

Drzwi otworzył mu mój ojciec. Wysoki, szczupły i jeszcze w sile wieku. Ubrany w śnieżnobiałą koszulę, garniturowe spodnie i elegancką czarną kamizelkę zapiętą na wszystkie trzy guziki. Przy tym małym, przygarbionym człowieku wyglądał jak prawdziwy hrabia.

- Panie Malfoy – skłonił się ponownie, a promienie słońca wesoło zatańczyły na jego łysinie. Ojciec bez słowa przepuścił go w drzwiach, po czym obaj zniknęli wgłębi holu.

Wiedziałem, gdzie ojciec zaprowadził starego Jonesa. Zawsze przyjmował gości w swoim gabinecie, toteż na palcach ruszyłem w stronę okna, wychodzącego na wschodnią część ogrodu. Dzisiaj miałem szczęście. Słońce świeciło tak mocno, że nawet mojemu ojcu doskwierał lipcowy upał. Tuż nad moją głową, uchylił lufcik, nieświadomie ułatwiając mi podsłuchiwanie. 

Zazwyczaj nie musiałem posuwać się do tak prymitywnych zachowań, lecz ostatnie wydarzenia spowodowały, że chwilowo przestałem być ulubionym synem mego ojca. Warto tutaj wspomnieć, że aktualnie jestem jego jedynym potomkiem, co w ogólnym rozrachunku daje jasny obraz zaistniałej sytuacji. Gdyby nie siła perswazji mojej matki z pewnością powiesiłby mnie na jednym z pobliskich drzew, co jakoś nie napawało mnie optymizmem. Nie mniej już dawno wyrosłem z bajek o podróżach w przeszłość i pogodziłem się z losem, wiedząc, że czasu nie cofnę. Tak czy inaczej nie miałem zamiaru, dalej roztrząsać tych nieprzyjemnych wspomnień i skupiłem się na rozmowie dobywającej się z gabinetu.

- Jones, co cię tu sprowadza? – Mój ojciec nie był człowiekiem, który owija w bawełnę. Życie dało mu gorzką lekcję, z której poza urażoną dumą, wyniósł również tę niepospolitą bezpośredniość.

- Dowiedziałem się czegoś o Johnie Abramsie – odparł natychmiast Jones i oczyma wyobraźni ujrzałem malujące się zainteresowanie na twarzy ojca. - Coś, co będzie się starał ukryć za wszelką cenę.

Teraz byłem niemal pewien, że ojciec ledwie jest w stanie, usiedzieć w miejscu. John Abrams to człowiek, którego samo nazwisko wywoływało grymas niezadowolenia na jego twarzy. Zastępca samego Ministra Magii, a do tego jeden z najbliższych przyjaciół Harry'ego Pottera, co już stanowiło spore nadużycie. 

- Lepiej, żeby to było warte mojej uwagi – powiedział groźnie.

Widziałem przez szybę, jak Jones wyraźnie pobladł, wyginając w zdenerwowaniu pulchne palce.

Co prawda, mój ojciec dawno skończył z czarną magią, a przynajmniej z jej praktykowaniem, bo jego stare książki wciąż zalegały na półkach w podziemnej bibliotece, jednak mimo to przebywanie w jednym pokoju z Harrym Potterem wciąż przychodziło mu z trudnością. Jak widać, urazy z lat szkolnych wciąż tliły się w nim niczym niewygaszony płomień.

- Sądzę, że jest to cenna informacja.

- Do rzeczy.

Jones odetchnął głośno i wyrzucił z siebie wszystko to, co najprawdopodobniej udało mu się do tej pory ustalić. - John Abrams ma nieślubną córkę z jakąś francuską prostytutką. Wiele lat temu umieścił je obie gdzieś daleko na północy, a córkę wysłał do Durmstrangu. Niestety pod koniec roku, tuż po egzaminach, dziewczynę wyrzucono ze szkoły wraz z niejaką panną Darras, za używanie czarnej magii. Podobno dziewczyna ma od września rozpocząć naukę w Hogwarcie. Sam Harry Potter interweniował w tej sprawie u dyrektorki placówki, by dać dziewczynie szansę, na ukończenie szkoły.

Ojciec wypuścił powietrze ze świstem i przetarł bladą twarz. W milczeniu przyglądał się twarzy Jonesa, jakby nie wierzył w to, co właśnie usłyszał.

- Jesteś pewien? – zapytał jedynie, opierając dłonie na biurku.

- Absolutnie – odparł natychmiast Jones. – Dziewczyna nazywa się Raisa Abrams i jest podobna do ojca jak dwie krople wody. Ta druga, Sophie Darras to greczynka i podobno ma jakiś rzadki dar przepowiadania przyszłości. 

Widziałem, jak na twarzy ojca powoli pojawia się satysfakcja. To właśnie dlatego Jones służy mu od tylu lat. Ten stary, na pozór nieporadny człowiek miał niebywały talent do zdobywania informacji. Pracował dla niego nieustannie, odkąd tylko się urodziłem i jeszcze nigdy nie zdarzyło mu się, przynieść nieprawdziwych wiadomości.

- Zastanawia mnie tylko, jak to możliwe, że w szkole takiej jak Durmstrang, gdzie używanie czarnej magii nie jest czymś nadzwyczajnym, dziewczynę tak po prostu wyrzucono? Co takiego zrobiła, że wydalono ją z Durmstrangu, a jednak mimo to przyjęto do Hogwartu? I dlaczego sam Harry Potter bierze w tym udział?

- Nie mam pojęcia – odrzekł szczerze Jones. – To wszystko, co udało mi się do tej pory ustalić. 

- W takim razie dowiedz się więcej – powiedział ojciec, podnosząc się z fotela, a Jones uczynił to samo. – Koniecznie też sprawdź, jak dokładnie nazywa się jej matka, gdzie mieszka i czym obecnie się zajmuje. Coś czuję, że będzie z tego niezły skandal.

***

W dłoni trzymałem zmięty numer Proroka sprzed ostatniego tygodnia. Sam nie wiedziałem, dlaczego znowu do tego wracam. Sprawa Abramsa wyciekła już do prasy, choć tylko częściowo. Prorok poświęcił temu artykułowi niemal całą pierwszą stronę, co z pewnością przysporzyło zastępcy Ministra Magii sporo popularności, choć zapewne nie takiej, jakiej pragnął.

Tytuł głosił: „John Abrams ma nieślubną córkę!” A pod spodem dopisek o rzekomej profesji jej matki i wielkie nieruchome zdjęcie sprzed kilku lat. Jedyne, do jakiego udało się reporterom dotrzeć. 

Patrzyła na mnie na oko dwunastoletnia dziewczynka z sięgającymi ramion czarnymi włosami o jasnej cerze i oczach tak ciemnych, tak upiornie hipnotyzujących, że sam ich widok mógł wywołać dreszcze. Gdyby nie grymas niezadowolenia na jej twarzy, można by się nawet pokusić o stwierdzenie, że całkiem miła z niej istota. Kiedy patrzyłem na tę fotografię, miałem wrażenie, że ona już wtedy, kiedy robiono jej to zdjęcie, wiedziała, gdzie ono trafi.

Niżej był artykuł o kilku faktach z życia Raisy oraz krótki fragment, że dziewczynę wyrzucono z Durmstrangu, z obietnicą, że reporterzy Proroka wkrótce dowiedzą się, co było tego powodem. Gdzieś tam również wspomniano o jej koleżance, choć nie podano dokładnych danych. Mnie jednak bardziej zastanawiał fakt, kto był ich informatorem, bowiem widząc szaleństwo w oczach mojego ojca, na widok przyniesionej mu przez Jonesa gazety, śmiem twierdzić, iż nie miał z tym nic wspólnego.  

- Hej Romeo, bo się zakochasz w tej małej – usłyszałem cierpki głos tuż za plecami.

- Staczasz się Anderson. Twoje żarty są coraz słabsze – powiedziałem spokojnie, nawet nie zaszczycając go spojrzeniem. Dopiero, kiedy stanął obok, zwróciłem wzrok ku niemu, by stwierdzić, że nic się nie zmienił.

Jak zwykle wyglądał tak, jakby dopiero co zwlókł się z łóżka. Koszulę miał pomiętą i wypuszczoną ze spodni, krawat źle zawiązany, włosy potargane, a na twarzy kilkudniowy zarost. Jednym słowem cały Christopher. I pomyśleć, że kobiety coś w nim widziały... No, ale w końcu nie mieszkały z nim w jednym dormitorium.

- Szaleńczo błyskotliwy jak zwykle.

- Co tam się dzieje? – Puściłem jego uwagę mimo uszu. Staliśmy na samym końcu wielkiej kolejki prowadzącej do Hogwartu. Przez sześć lat zdążyłem się już przyzwyczaić do walących drzwiami i oknami tłumów w pierwszym dniu szkoły, ale tym razem było trochę inaczej. Kolejka zdawała się niemal w ogóle nie poruszać, a poza tym wyglądało na to, że coś powstrzymuje uczniów przed wejściem do środka, bowiem stałem na ostatnich kamiennych stopniach dziedzińca.

- Z drogi! Uwaga przejście! Przejście dla Teo!

Po naszej prawej stronie przepychał się napakowany i wysoki na dwa metry latynos o krótkich, ciemnych włosach i szerokim uśmiechu. Bez problemu rozpychał stojących mu na drodze uczniów, torując drogę sobie i snującemu się za nim, jak cień, kościstemu nastolatkowi.

- Scorpius! – wykrzyknął olbrzym, gdy tylko mnie zobaczył i ruszył prosto w naszym kierunku. Depczący mu po piętach chłopak, rzucił mi tylko krótkie spojrzenie i z grymasem na trupiobladej twarzy, skinął głową.

Niechętnie odpowiedziałem tym samym i skupiłem się na moim olbrzymim koledze. Teodor nie próżnował. Wakacje z pewnością spędził na siłowni, bowiem miałem wrażenie, że jego koszula zaraz pęknie w szwach, a ledwie trzymające się guziki, wystrzelą we wszystkie strony. Poza tym wyglądało na to, że przybyło mu również kilka centymetrów wzrostu, bo jego zeszłoroczna szata sięgała mu ledwo do kostek.

- Ramirez nie wiem jak ty to robisz, ale mam wrażenie, że jesteś jeszcze bardziej opalony niż zwykle – mruknął na powitanie Anderson, a Teodor wyszczerzył się w ogromnym uśmiechu. Christopher miał rację. Teodor wyglądał jakby odbył długą drzemkę na plaży i zapomniał nałożyć olejku, co w jego wypadku nie byłoby właściwie niczym nadzwyczajnym. Był typem człowieka, który nie zwraca zanadto uwagi na swój wygląd, a jego jedyną ingerencją we własne ciało były ciągłe ćwiczenia, co z zresztą stanowiło sens jego egzystencji, tak jak i spanie.

- Co się tam dzieje? – Ponownie zwróciłem wzrok na chłopaka, stojącego w cieniu Teodora. Tyfon Saurian. Chudy i wiecznie przygarbiony o żylastych kończynach i trupiobladej cerze, zazwyczaj ubrany na czarno, snujący się po korytarzach niczym nocna zjawa. Cichy i spokojny, zawsze opanowany i wyważony, zimny i mroźny jak styczniowy poranek, kiedy to przyszedł na świat. Tyfon od zawsze stanowił dla mnie zagadkę, choć nie jestem pewien czy w ogóle chciałbym ją rozwiązywać. Nie mniej, Saurian bywa dziwny, nawet jak dla mnie. Kręci się po korytarzach, obserwując wszystko to, co dzieje się dookoła, ale w niczym nigdy nie bierze udziału. Tak jakby życie toczyło się obok niego, a nie razem z nim. Teraz spoglądał wprost na mnie, wzrokiem wypranym z emocji, tak jakby nudziło go to całe przywitanie. Jednak mimo to czułem wyraźnie jego natarczywy, choć bardzo odległy dotyk w swoim umyśle, jakby ukradkiem próbował dobierać się do moich myśli. Ze znudzeniem odparłem jego atak, stanowczo dając mu do zrozumienia, żeby nie próbował więcej swoich sztuczek. On jednak, jak gdyby nigdy nic, przeniósł swoje spojrzenie na uczniów kłębiących się przy wejściu, udając, że niczego nie poczuł. Z chwilą, gdy ucisk w mojej głowie zelżał, dostrzegłem w jego oczach pewien błysk, który zaniepokoił mnie bardziej niż cała ta próba ponownej penetracji mojego umysłu. To co zobaczyłem, nie było dobre, to był błysk szaleństwa, którego nigdy wcześniej u niego nie widziałem. 

- Patrzcie, ruszyło się – powiedział Anderson, przerywając moje rozmyślania.

Czym prędzej ruszyliśmy do zamku, bo już całkiem skostniałem od stania na dworze. W Anglii nawet we wrześniu potrafi być potwornie zimno. 

Po drodze do jadali rozglądałem się za czymś, co mogłoby świadczyć o powodzie dzisiejszego przestoju, jednak nic szczególnego nie zwróciło mojej uwagi. Przed wejściem do Wielkiej Sali dogonił nas Goyle, który wyglądał jakby zobaczył ducha i bynajmniej nie jednego z tych, które zamieszkiwały Hogwart.

- Gdzieś ty się podziewał – mruknąłem, kiedy stanął obok mnie biały jak kreda. – I co się takiego stało?

- To ona – powiedział, wskazując na gazetę, którą wciąż trzymałem. – Irytek znowu rozrabiał i nie chciał nikogo wpuścić. Nikt nie umiał sobie z nim poradzić, więc ona wyciągnęła różdżkę i... i cała Sala Wejściowa stanęła w błękitnych płomieniach, ale nic się nie spaliło. Tylko Irytek krzyczał, jakby go żywcem przypiekano. 

- Bujasz – mruknął Teodor, ale Goyle żywo pokręcił głową.

- Przyszła McGonagall i zabrała ją i tę drugą na rozmowę. Chyba była wściekła.

Spojrzałem na nieruchome zdjęcie w gazecie, przyglądając się tej niewinnej, nieco skwaszonej, istocie, a w uszach dźwięczały mi słowa ojca „Co takiego zrobiła, że wydalono ją z Durmstrangu, a jednak mimo to przyjęto do Hogwartu?”

Gdzieś głęboko w podświadomości wiedziałem, jaka jest odpowiedź, jednak ocenianie kogoś po jednym uczynku nie leżało w mojej naturze. Nie mniej, wyczyn ten zrobił mnie na wrażenie, choć nie byłem jeszcze pewien czy dobre, czy wręcz przeciwnie. A jeśli nawet, to która strona bardziej mnie pociągała? 

***

Sala jak zwykle wywołała zachwyt na twarzach uczniów, zwłaszcza tych, którzy byli tu po raz pierwszy. Pierwszoroczni zostali właśnie wprowadzeni do jadalni, a Tiara Przydziału odśpiewywała swoją coroczną pieśń. Przy stole nauczycielskim siedzieli wszyscy profesorowie z wyjątkiem dyrektorki, co potwierdzało słowa Goyla. Zresztą zdążyłem już sprawdzić, jego wersję za pomocą legilimencji. Louis jest jak otwarta księga, dla każdego, kto chociażby odrobinę zna się na oklumencji, a mnie akurat uczono tej sztuki od najmłodszych lat.

Dopiero pod koniec przydziału, kiedy na środku zostało pięcioro pierwszorocznych, do sali wkroczyła profesor McGonagall, prowadząc dwie dziewczyny do podestu, gdzie miały zaczekać na swoją kolej.

Pomimo, że w pociągu i na sali huczało od plotek na temat nowych uczennic, to ich przybycie i tak wzbudziło wielką ekscytację. A myślałby kto, że skoro zostali uprzedzeni to nie roznieci to w nich tyle emocji, a jednak.

Obie stanęły tuż przed podwyższeniem, spokojnie czekając, aż profesor Flitwick wyczyta ich nazwiska.

Od razu rozpoznałem, która z nich to dziewczyna ze zdjęcia. Była wyższa i smuklejsza od swojej koleżanki. Miała ciemne, choć znacznie dłuższe włosy, zaplecione w staranny warkocz, jasną cerę i nawet z tej odległości, doskonale widoczne ogromne, czarne oczy. Pomimo dużego podobieństwa do ojca, urodę i wdzięk otrzymała po matce, a tak przynajmniej przypuszczałem, przywołując w głowie obraz francuskich kobiet. 

- Abrams Raisa – wyczytał nauczyciel, a na sali zapanowała kompletna cisza. Tylko odgłos uderzających o posadzkę obcasów, stanowił źródło dźwięku. Dziewczyna powoli, jakby cały ten rytuał nie stanowił dla niej nic nadzwyczajnego, podeszła do postumentu i zasiadła na stołku, który okazał się być dla niej za mały. Raisa jednak zdawała się tym nie przejmować. Bez skrępowania wodziła wzrokiem po pomieszczeniu, kiedy nauczyciel włożył jej na głowę kapelusz. Teraz nie było słychać nawet najmniejszego szelestu, jakby wszystko wokół zamarło. Rozejrzałem się po sali i ze zdziwieniem dostrzegłem ten szaleńczy błysk w oku Tyfona. Z niezwykłą intensywnością wpatrywał się w Raisę, jakby próbował coś z niej wyczytać. I nagle mnie olśniło, on używał na niej legilimencji. To było jak promień słońca w deszczowy dzień. Skupiłem całą swoją uwagę na Tyfonie, dotykając jego umysłu, tak by nawet tego nie wyczuł. Świat wokół mnie zawirował i diametralnie stracił blask, tak jakby zalała mnie fala ciemności i mroku. Jedynym jasnym elementem okazała się być, jarząca się błękitem nić, która widoczna tylko dla mnie, prowadziła wprost do umysłu siedzącej na stołku dziewczyny. Przebiegłem po dzielącej nas linii i nagle zdałem sobie sprawę, że dziewczyna broni się przed atakiem Tyfona. Nie pozwala mu się do siebie zbliżyć, jednocześnie, dopuszczając do siebie Tiarę. Otworzyłem oczy i spojrzałem na Tyfona. Widać było, że bardzo mu zależy na tym połączeniu, jednak grymas na jego twarzy świadczył o tym, że jego wysiłki nie na wiele się zdają. I wtedy nagle stało się coś, czego się nie spodziewałem, dziewczyna wpuściła mnie do swojego umysłu, a mnie zalał srebrzysty blask.

Stałem w ogrodzie pełnym róż i wrzosów, otoczony szarym murkiem, pokrytym przez zasłonę z bluszczu. Zielone drzewa tworzyły łuki i arkady, a krzewy uginały się pod obfitością owoców. Zewsząd otaczały mnie kolorowe rabaty, zielona trwa i ćwierkające wielobarwne ptaki. Stały tam kamienne ławki i altany. Kwitły drzewa i kwiaty, przepiękne narcyzy, irysy, tulipany i krokusy. Fioletowa wisteria oplatała drzewa i altany, murki i fontanny, tworząc kwiatowe tunele, gdzie słońce przedzierało się przez gałęzie i swym blaskiem otulało cały ogród. Byłem w raju.

Przy fontannie, gdzie szum wody uspokajająco wlewał się do uszu, stała dziewczyna. Ubrana w letnią sukienkę przed kolano, mieniącą się wszystkimi kolorami tęczy. Śmiała się radośnie, a był to dźwięk niezwykle przyjemny dla ucha, niczym miliony dzwoneczków wprawionych w ruch. Drapała za uchem białego psa, który wesoło machał ogonem. Dziewczyna jakby wyczuła, że nie jest w ogrodzie sama. Obróciła się w moją stronę i zaparło mi dech w piersiach. To była Raisa. Wesoła, radosna, szczęśliwa. Włosy miała luźno upięte nad karkiem, a kilka niesfornych kosmyków opadało jej na twarz. Oczy jej błyszczały, a usta układały się w uroczym uśmiechu. Sukienka wirowała wokół niej na wietrze, a bose stopy podrygiwały przy każdej kropli, która wydostała się z fontanny i dotykała jej skóry. 

Chciałem do niej podejść, porozmawiać, dotknąć jej, jednak w tym momencie świat się zmienił. Raj gdzieś zniknął i na powrót trafiłem do własnego domu. Za oknami słońce chowało się już wśród chmur, zaczynało zmierzchać. Ojciec wszedł do salonu z groźną miną. Przed nim stałem ja, tylko trochę młodszy i inaczej ubrany. Butnie patrzyłem mu w twarz, nie chyląc przed nim czoła. Podszedł do mnie i chwycił mnie za ramię. W tym samym momencie, dostrzegłem po drugiej stronie pokoju, kogoś, kto tam nie pasował, Raisę. Ojciec uniósł rękę, jakby chciał mnie spoliczkować, jednak nie zrobił tego. Zatrzymał się kilka cali od mojej twarzy, a ja nie chciałem już więcej oglądać. Skupiłem się ze wszystkich sił, by wyrzucić ze swojego umysłu Raisę.

Świat przed mną zawirował, salon mojego domu zaczął się przeplatać z rajskim ogrodem, aż w końcu wylądowałem na krześle w Wielkiej Sali, a Tiara Przydziału właśnie ogłosiła werdykt.

- Slytherin!

Oszołomiony patrzyłem, jak dziewczyna z niewyraźną miną schodzi ze stołka i podąża w stronę wiwatującego stołu, w moją stronę.

Spojrzałem na siedzącego niedaleko Tyfona, który z zaciekawieniem przyglądał się zmierzającej w naszą stronę dziewczynie. Ja również na nią spojrzałem i przez chwilę miałem wrażenie, że patrzy wprost na mnie. Ona jednak usiadła kilka miejsc dalej, kierując spojrzenie na zasiadającą właśnie na stołku koleżankę.

Sophie Darras, bo tak właśnie nazywała się owa greczynka, była zupełnym przeciwieństwem Raisy. Abrams była od niej wyższa i szczuplejsza, choć być może było to tylko złudzenie optyczne. W tym momencie nie potrafiłem skupić sie na Sophie, bowiem po głowie, cały czas, chodziła mi Raisa. 

Panna Darras również została przydzielona do Slytherinu i teraz zasiadła obok koleżanki. Rozejrzała się po sali i jej wzrok prześlizgnął się po mnie. Miała kręcone rudobrązowe włosy i jasnozielone oczy. Zadarty nos zdobiło kilka piegów, a wąskie usta miały naturalnie czerwony kolor. Zwróciła się w stronę Raisy i zaczęły o czymś szeptać. 

Na stołach pojawiły się pierwsze półmiski wypełnione po brzegi różnorodnymi przysmakami i wszyscy zabrali się do jedzenia. Ja jednak przez całą kolację nie ruszyłem niczego. Wciąż ciężko mi sie było otrząsnąć po tym, co się stało. Jeszcze nigdy nie udało się nikomu wniknąć tak głęboko do mojej świadomości. Zawsze dostatecznie mocno broniłem dostępu do umysłu, by nikt nie mógł przejrzeć moich myśli, a jednaj jej się to udało. Jak wiele widziała? Czy ta sytuacja w salonie była jedynym, co zobaczyła? Te i wiele innych myśli snuło mi się po głowie, aż do końca kolacji. Kiedy spojrzałem na Raisę, zauważyłem, że ona też niczego nie tknęła, poza filiżanką herbaty, którą teraz pieczołowicie oglądała jej koleżanka. Na widok tego, co dostrzegła w środku, upuściła filiżankę z brzękiem na podłogę. W tym momencie wszystkie potrawy zniknęły ze stołów i uczniowie zaczęli podnosić się ze swoich miejsc. Ja też natychmiast wstałem.

- Hej Scorpius, dokąd idziesz? – zawołał za mną Goyle, lecz ja już nie słuchałem. Pognałem za Raisą i Sophie, podsłuchując strzępek ich rozmowy.

- Co takie zobaczyłaś? – pytała ostro Raisa, a Sophie zaniepokojona rozglądała się dookoła. Dopiero, kiedy uznała, że nikt ich nie podsłuchuje, odpowiedziała.

- Ktoś tu na ciebie czyha – wyszeptała blada, jak ściana, a Raisa zatrzymała się gwałtownie. Patrzyła na Sophie, jakby po raz pierwszy w życiu ją zobaczyła, po czym wybuchnęła śmiechem. Lecz nie był to ten sam dźwięk, co we wspomnieniu. Ten był chłodny i szyderczy i w niczym nie przypomniał dźwięku milionów dzwoneczków.

Raisa obróciła się od Sophie, wciąż się zaśmiewając, dopóki nie dostrzegła mnie. Śmiech zamarł jej w gardle, a z jej oczu zniknął ten szyderczy błysk. Nasze oczy się spotkały, a ja sobie uświadomiłem, że Raisa właśnie zrozumiała, kim jest ten ktoś, kto na nią czyha. 

To byłem ja.

***